„there are people who don’t need to catch the morning bus”

Ostatnie dni w Mui Ne spędzaliśmy raczej leniwie. No bo po co się spieszyć? Po co denerwować? Po co pracować? Postawiliśmy na pełen relaks, Paweł chodził pływać, potem obiady, spotkania ze znajomymi, których polubiliśmy bardzo, o których tak szybko nie zapomnimy.

W pewien sposób stworzyliśmy sobie tu wspólny dom, może bez mieszkania na własność, pracy na stałe i znajomych, którzy zawsze będą przy nas, ale to wszystko nie jest tak istotne. Trzy miesiące w kraju, w którym wcale nie mieliśmy się znaleźć będziemy wspominać ze łzami w oczach, ale też świecącymi się od podniecenia na samą myśl o powrocie.

Początkowo nie było nam łatwo, musieliśmy się przestawić na inną kulturę. Nowy kraj, jeszcze bardziej różniący się od Indonezji. Opieraliśmy się jak najdłużej, i pewnie nadal będziemy czasem mówić złe rzeczy o Wietnamczykach, ale to my jesteśmy w ich kraju, nie zmienimy ich, można to polubić, można się wkurzać. My w jakiś sposób się temu poddaliśmy. I leniwemu życiu w sennej wiosce też.

Życie różni się tu znacznie od tego, które pozostawiliśmy w Warszawie. Wszystko odbywa się wolniej, spokojniej, bez pogoni za dobrami materialnymi. Człowiek przyzwyczaja się do prostoty, życiowego minimalizmu. Zaczyna doceniać rzeczy, o których nie myśli w ogóle żyjąc w pośpiechu jadąc z domu do pracy, z pracy do domu. Jest inaczej, nie znaczy, że lepiej, choć bez bicia przyznajemy , że wpadliśmy w macki Mui Ne, gdzie ludzie pojawiają się na chwile, inni postanawiają zostać dłużej, a jeszcze inni na stale. Tym którzy zostają dłużej początkowo się dziwiliśmy. Teraz już chyba nie. Bo Mui Ne ma w sobie cos magnetycznego co nie pozwala tak po prostu zapomnieć o tym miejscu. Nie chodzi tu tylko o pogodę, wietrzne dni – idealne do kitesurfingu, jedzenie, czy tanie życie.

Chodzi o ludzi.

Poznaliśmy w krótkim czasie lepiej kilku wartościowych osobników , każdy z nich inny na swój sposób, każdy z nich przyjechał tu z innej części świata, każdy z nich szuka czego innego, każdy z nich został na dłużej lub jest po raz kolejny. Historie ludzi w Mui Ne to historie ludzi w bardzo różnym wieku, którzy decydując się na jeden odważny ruch, na długo odmieniają swoje życie, postanawiają zaryzykować. Szukają szczęścia na Hawajach, Dominikanie, w Wietnamie czy na Alasce.

Pracując w Pogo wieczorami poznawaliśmy tez ludzi przypadkowo, wpadali na chwile, żeby odpocząć po podróży, napić się drinka, posiedzieć przy barze i porozmawiać, czasem pomilczeć… i za dzień czy dwa ruszali dalej. Każdy z nich jednak zapytany o to jak się czuje, co słychać, z  uśmiechem na twarzy opowiadał o swoich planach, pochodzeniu, skąd właśnie przyjechał, przy okazji pytając również o nasze życie, czemu Wietnam? Czemu trzy miesiące? Co dalej? . Każdy z nich chodź pojawił się na chwile, dołączył do reszty, która utkwiła nam w głowach. Bo nauczyliśmy się dzięki nim ze najważniejsze to realizować marzenia. Osobno czy we dwoje. To nie jest istotne. Marzenia napędzają do działania. Nie jest też istotne czy są to te oczywiste czy te mniej – skryte gdzieś w środku. Jeśli tylko chcemy możemy wszystko.

Dzięki zawartym przez ten czas znajomościom, śmiało możemy nazwać Mui Ne swoim domem. Bo dom to nie tylko miejsce ale przede wszystkim ludzie. Mam nadzieje, że nie zostawiliśmy tego wszystkiego tak po prostu, że jeszcze gdzieś się z nimi spotkamy i wspólnie powspominamy ten magiczny czas spędzony w sennej rybackiej wiosce.

Andrew, Lafe, Adam Borys, Tommy Bachata,  Daniel Kaszub & Ania, James & Tayla, Mario, Greg, Jerry, Mantas, Damian, Będzki, Vova & Igor, Luca & Sabrina

Dziękujemy, Thanks, Ačiū , Cảm ơn bạn , Danke , спасибо , Grazie!

PS. o co chodzi z tym busem w tytule? taka nowa teoria przyjaźni 🙂

Reklamy